Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cambodia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cambodia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 lipca 2013

Pola śmierci Killing Fields

Pola śmierci to miejsce oddalone ok. 14 km od Phnom Penh, dojechaliśmy tu oczywiście tuk-tukiem.
W latach 1975 - 1978 zamordowano w tym miejscu ok. 200.000 ludzi (w całej Kambodży w czasach rewolucji wymordowano ok. 2 mln ludzi z 7 mln wówczas żyjących).
Na Pola śmierci przywożono ludzi głównie z więzienie S-21 ale także wszystkich tych którzy w jakikolwiek sposób podpali reżimowi.
Ludzi zabijano żelaznymi prętami, kijami, łopatami a dzieciom rozbijano głowy o drzewa. Wszytko to z uwagi na oszczędność amunicji...
Samo miejsce składa się obecnie z miejsc w których były masowe groby. Są to dosłownie dziury w ziemi ogrodzone barierkami.
Najważniejszym miejscem jest wybudowana stosunkowo niedawno stupa w której zgromadzono tysiące kości i czaszek zamordowanych ludzi.

Brama wejściowa.
W tle stupa, w której znajdują się tysiące wykopanych kości i czaszek.

Zebrane czaszki, są ich tutaj tysiące...

Każdy poziom wypełniony jest kośćmi i czaszkami.

Jeden z masowych grobów.
Tak wygląda to miejsce... Doły, groby, drzewa...

Drzewo o które rozbijano dzieciom głowy.
Kolejny masowy grób

wtorek, 25 czerwca 2013

Przedłużenie wizy w Kambodży

26 czerwca kończy nam się wiza, którą dostaliśmy na lotnisku po przylocie z Singapuru.
W Kambodży chcemy zostać mniej-więcej do końca lipca trzeba więc przedłużyć wizę.
Są 2 możliwości:
Sposób 1:
wyjechać lub wylecieć z Kambodży i za chwilę wrócić, tzw. "visa run" - potencjalne niedogodności to: opłata wylotowa 25 $, jeśli zdecydujemy się na autobus to dokąd pojechać? Do Bangkoku jedzie się ok. 12 godzin, do Wietnamu krócej, ok. 6 godzin ale z kolei tutaj trzeba wyrobić i opłacić wizę do Wietnamu...
Sposób 2:
zapłacić za wizę tu na miejscu w biurze, które zajmuje się takim pośrednictwem - koszt 45 $ + zdjęcie paszportowe.

Wybraliśmy sposób drugi bo wyjazd z Kambodży byłby zbyt czasochłonny.
Pojechaliśmy więc do takiego biura (zgadnijcie czym?) a przy okazji nie płace już 4$ tylko 10.000 rieli za kurs czyli - 2,5$ - mój wielki sukces negocjacyjny ;)



Pokwitowanie zabranych paszportów oraz dokonanej płatności. Dałem banknot 100$ prosto z bankomatu a na tym potwierdzeniu, na dole wpisany jest numer seryjny tej studolarówki w razie jakby co ;) Po odbiór paszportów z wizami mamy zgłosić się za dwa dni.


Przy okazji też znalazłem bankomaty (Canadian Bank) w których nie jest pobierana prowizja za wypłatę. Czyli zostaje 4 lub 5$ w kieszeni od każdej transakcji!
Biuro jest nad rzeką Tonle Sap, która jest początkiem Mekkongu




Bulwar nad rzeką, na przeciwko Pałacu Królewskiego:



Zaobserwowaliśmy taki zwyczaj - mnisi chodzą z tacą od sklepu do sklepu, od stoiska do stoiska i zbierają pieniądze. A wygląda to tak, że podchodzi mnich, staje przed sklepem/stoiskiem i czeka. Po chwili wychodzi sprzedawca w pokłonach z pieniędzmi, staje przed mnichem i modli się (czasem klękają).




Nie spotkaliśmy tu jeszcze ani jednego Polaka chociaż białych ludzi trochę tu jest.
A tak poza tym to trzymamy się w tej Kambodży ale pomału trzeba będzie zacząć myśleć o kolejnym miejscu, kolejnym kraju... Jakieś sugestie? ;) Bo jak już wspomniałem - pod koniec lipca najprawdopodobniej wyjedziemy stąd.
Jeszcze zostało nam tu trochę atrakcji do zobaczenia - przede wszystkim Angkor Wat, chcielibyśmy też pojeździć na słoniach, postrzelać z kałacha (tak, tak - tu jest to możliwe) itp.

sobota, 22 czerwca 2013

Różne, bazary

Można by rzec, że nie dzieje się nic ciekawego. Mieszkamy, żyjemy, pracujemy - prawie jak w Polsce.
Prawie bo mamy telewizor a w nim oglądamy polskie seriale - te, które są na dysku (aktualnie na topie jest "Ranczo" sezon 2)., polskich programów nie ma oczywiście, kiepsko jest nawet z anglojęzycznymi.
Prawie bo jeśli nie wyglądać przez okno to wszystko jak w Europie... Ale jak już się wyjrzy - to Kambodża pełną gębą!
Prawie, bo można pójść do sklepu i zrobić zakupy ale po godzinie 21 w promieniu kilometra nie znajdę już nic czynnego, prawie - bo sklepy (oprócz kilku) zdecydowanie różnią się od naszych sklepów (np. ceny są ruchome - raz woda kosztuje 2.000 a raz 3.000).
Prawie, bo komunikacja publiczna w mieście nie istnieje co nie znaczy, że nie można tanio się poruszać - są tuk tuki i taksówki, można też dosiąść się do kogoś na motorze.
No więc żyjemy sobie, dostosowujemy się.
Aga codziennie rano chodzi na zakupy żywnościowe - bagietki, owoce, warzywa no i co tam się trafi. Ja chodzę wieczorami jak papierosów zabraknie ;)
W weekendy wyjeżdżamy na większe zakupy do supermarketu - całkiem jak w Polsce ;)

Pisałem już kiedyś, że jest tu bardzo dużo Lexusów. Jadąc tuk tukiem przez ok 20 minut strzelałem tak na "ślepo" aparatem próbując uchwycić samochody.
Takie coś mi wyszło - w ciągu 20minut drogi - oczywiście nie wszystkie udało mi się sfotografować:



Mam też mnicha jadącego motorem na doczepkę:



Jest i pani w firmowej pidżamie:
Zdjęcie jest oczywiście w pełni profesjonalne - właśnie tak chciałem zrobić, żeby pani była z boku ;)


Mieszkamy w okolicach Russian Market (ruski targ). Nazwa wzięła się od tego, że kiedyś jak przebywali tu Rosjanie to właśnie w tym miejscu odbywał się handel. Na ruskim targu można kupić wszystko z tym, że warunki pozostawiają wiele do życzenia. Ciasne uliczki pod dachem, mnóstwo ludzi, wewnątrz jest oczywiście duszno a do tego wszystkie sprzedają tam owoce morza, ryby i mięso. Zaduch i smród daje się we znaki...
Nie przepadam za tym miejscem ale czasem trzeba je odwiedzić.
Jedno z wejść na Ruski Bazar:


Następnym razem dorzucę więcej zdjęć, na razie to co mam

Inne wejście na Ruski Bazar:


O ile Ruski Bazar nie jest w moim typie to muszę przyznać, że ten który jest najbliżej nas jest... jeszcze gorszy ;)
Tutaj jest już zupełny, totalny Sajgon! Chodzi się błotnistymi ścieżkami pośród ryb, krabów
A już najbardziej to rozwaliła mnie knajpa, która jest w tym obiekcie:


Ale można tu kupić takie "cudeńka" jak czarne jajka, nie wiem z czym i jak się to je... Może kiedyś odważę się je kupić... Kto wie?



Najfajniejszy i najciekawszy (przynajmniej dla mnie) jest Central Market.
Tu do kupienia np.:

Albo Rolexy:


Ewentualnie coś na obiad:




W Central Market też jest wszystko ale w bardziej cywilizowanych warunkach a dodatkowo obok jest chyba największe tutaj centrum handlowe, galeria Sorya. Tutaj z kolei można kupić wszystko to co w Central Market tylko dużo drożej ;) Ale jest klimatyzacja.
W tej galerii, (chyba 5 pięter) są różne, różniste sklepy a nawet kino na samej górze: Platinum
Jest tu supermarket spożywczy (z koszykami i kasami) można płacić kartą, są sklepy odzieżowe, z elektroniką, restauracje no i stoiska z grami i filmami - po 2 $ za sztukę ;)



wtorek, 11 czerwca 2013

Mobilne sklepy

Ogólne spostrzeżenie - wszyscy starają się tutaj handlować, czymkolwiek. Bardzo rozpowszechnione jest jeżdżenie ze swoim towarem - na rowerze, na motocyklu albo też specjalnie przerobionym tuk-tukiem do sprzedaży.
Mobilne sklepy - to moja nazwa autorska ;) - handlują wszystkim - jedzenie, picie, inne... Pod pojęcie "inne" można wrzucić wszystko - szczotki, zegarki, no po prostu wszystko.
Każda uliczka, nawet najmniejsza wprost kipi życiem. Nie sposób przejść bez usłyszenia kilku zaczepek, szczególnie od kierowców tuk-tuków i motocykli. Za każdym razem pytają się czy gdzieś podwieźć - nie są to jednak nachalne zaczepki. W większości przypadków wystarczy - thank you i dają spokój, chociaż niektórzy chcą sobie pogadać z białasem - przede wszystkim ci, którzy mówią choć trochę po angielsku.


Sprzedawca kokosów. Pan maczetą rozwala kokosa, robi małą dziurkę (no chyba, że wyjdzie duża), włada słomkę i oddaje gotowy produkt do picia.


U tego sprzedawcy można kupić - to co widać na zdjęciu, akcesoria sprzątające.


Tu można zakupić pełnowartościowy posiłek - "coś" z jajkiem, ale na pewno na gorąco i na pewno można się najeść. Cena - prawdopodobnie 2.000 rieli, czyli 0,50$. Piszę prawdopodobnie ponieważ jest tu ogromny problem z porozumiewaniem się. Język angielski jest mało znany a na ichnich targowiskach w ogóle. Nie znają nawet zwrotu "how much?". Podchodzę, pytam się o cenę a pani rozgląda się dookoła szukając jakiegoś tubylca, który coś kuma w tym cudzoziemskim języku...


Kantor wymiany walut. Jest ich tu bardzo, bardzo dużo. Kantory połączone są też z jakimiś sklepikami. Kurs wymiany dolarów różni się w zależności od dzielnicy ale jest bardzo zbliżony, groszowe sprawy. Przy wymianie nie ma obawy o jakieś kanty, wszystko odbywa się w atmosferze wzajemnego zrozumienia ;)


Na tym stoisku można zamówić sok z trzciny cukrowej. Widoczne na zdjęciu "badyle" to właśnie trzcina cukrowa, przepuszczane są przez maszynkę i wyciskany jest z nich sok. Wszystko dzieje się na naszych oczach.



Budka z napojami.


Ananasy. Zimne i fantazyjnie rzeźbione. Pyszne! Cena - 2.000 rieli (0,50$) za sztukę.



Grilowana kukurydza, cena ta sama - 2.000 rieli - 0,50$ za sztukę.


Świeżo krojone owoce o nazwie.... hmmm... khmmm... nie mam pojęcia ;) Nie są to duriany bo te potwornie śmierdzą - ale to temat na osobną opowieść.


Małe małże, które cały czas są podgrzewane, pod spodem jest palenisko. Bardzo dobre, jest z nimi kupe roboty przy jedzeniu jak kiedyś przy szprotkach ;) Ale warto! Bardzo fajne jako przekąska np. podczas oglądania telewizji.


A tak się odbywa produkcja lodu. Najpierw jest rąbany tasakiem i później kawałki wrzucane są do maszyny, która je rozdrabnia i wylatuje na dole do parcianego worka.


Ślimaki - małe i duże, również grzeją się na ogniu. Cena bliżej niezidentyfikowana z uwagi na brak wspólnego języka ;)

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Kambodża, kilka spostrzeżeń, Central Market

Kilka spostrzeżeń na temat życia i ludzi w Kambodży.
Nie wiem jak to możliwe ale najpopularniejszy pojazd (oprócz tuk-tuków i motorów) w Phnom Penh to.... Lexus! Naprawdę nie widziałem tylu Lexusów naraz i tak często. Oprócz tego normalnym widokiem jest też Hammer.
Typowy pojazd kambodżański:

Moim skromnym zdaniem tutaj jest się albo bardzo bogatym albo bardzo biednym. Zarobki w Kambodży to ok. 60$ więc nie mam pojęcia jak tutaj stać ludzi na cokolwiek, np. posiłek w knajpie to 4 - 6$ (i siedzą i jedzą). Fakt, że są też stragany uliczne z jedzeniem i tam jest dużo taniej - micha zupy, którą można się porządnie najeść to ok. 1$ - zależy z czym się zamówi.

Uliczne jedzenie, wieczorem.


Inna ciekawa rzecz stroje niektórych kobiet, niestety nie udało mi się jeszcze sfotografować - chodzą w pidżamach! Nie wiem czy to taka moda czy też może nie wiedzą, że to pidżama ;)

Przewody energetyczne to osobny temat na pracę doktorską. Tak jest chyba w całej Azji. Jak to działa? Nie mam pojęcia... Skąd wiadomo, który kabelek jest który?
Leje deszcz i nic się z tym nie dzieje, może jakąś kosmiczną technologię mają...


Są też i miłe akcenty (a właściwie jest ich całkiem sporo). Wybraliśmy się na Central Market (takie duże targowisko) tuk-tukiem a tu na nim takie coś (jak się dobrze przyjrzeć to orzełek ma niewłaściwie skierowaną głowę):


To nasz kierowca, który nas dzielnie woził w poszukiwaniu mieszkania. W rękach trzyma ofertę wycieczek, tzn. gdzie może nas poobwozić. Na razie niestety nie mamy na to czasu. Bardzo sympatyczny człowiek a dodatkowo trochę mówi po angielsku - w razie jakby co dysponuję telefonem do niego ;)


Central Market - duże targowisko pod dachem i przy okazji stragany dookoła. Jest tam wszystko: bizuteria, ubrania, jedzenie, elektronika, gry i filmy na dvd za 2$ - wszystko pirackie oczywiście.
Tutaj udało mi się kupić oryginalną (?) baterię do mojego aparatu, więc można przyjąć, że jest tu wszystko.


Stragany na zewnątrz.


Central Market, pod kopułą, wewnątrz.


I nawet mi udało się coś tu kupić - zegarek ;)


Kilka stoisk.


Wędzone ryby - pyszne!